| Z sennika Traumatyka |
|
|
|
| Wpisany przez Protezus |
| wtorek, 29 września 2009 10:18 |
|
Tak naprawdę zaczęło się trzy dni wcześniej. Na ścianie, niechcący rzuciłem pomysł, że może skręcilibyśmy jakieś media z wspinania tatrzańskiego. Jacek podchwycił pomysł, mówiąc o nadarzającej się okazji, ponieważ jadą właśnie z Jurkiem robić jakąś drogę na Jastrzębiej Turni w słowackich Tatrach. Szybko przyjęto pomysł – najpierw z opcją Jacek+Jurek oraz Ja+Matrix (Ninia miał zaplanowany udział w imprezie weselnej w czasie, kiedy miała mieć miejsce wyprawa). Jeszcze w wieczór „przyjęcia pomysłu” miałem telefon od Ninii, że jednak oleje wesele i pojedzie ze mną (najwyraźniej nieco zaniepokojony pomysłem stworzenia zespołu Ja+Matrix) – za co jestem mu bardzo wdzięczny. Dwie noce poprzedzające wyjazd bardzo źle spałem – w czasie pierwszej śniły mi się koszmary z udziałem rowerów a w czasie drugiej robiłem jakieś cuda próbując utykać w skałach kości i friendy – oba sny były zaiste snami proroczymi. Właściwa akcja zaczęła się wypuchą ze strony Jacka i Jurka – bierzemy rowery, ruszamy o szóstej rano. Samochodami na parking, później z parkingu na Słowacji „dwie godziny podejścia z rowerami do schroniska i pół godzinki pod ścianę”. W sumie z parkingu była to pięciogodzinna turystyka górska, której nie uprawiałem nigdy wcześniej i na pewno nigdy więcej nie będę jej już uprawiał – tak sobie na razie obiecałem. Na koniec padliśmy z Ninią na termaresty i o zabawie we wspinanie nie myślałem, choć była jeszcze opcja boulderingu po większych kamieniach w okolicy. W międzyczasie zabrany przez Ninię Jasiek został ulokowany w lodówce-strumieniu. Popołudnie spędziliśmy śpiąc, kręcąc materiał pod festiwal i napoczynając schłodzonego Jaśka. Po odpoczynku i Jaśku udaliśmy się na spacer po okolicy, żeby ewentualnie obczaić miejsce pod stanowisko filmowe. Leniwie przechadzaliśmy się wśród głazów, lekko wstawieni, dyskutując m.in. o ostatnio stosowanych taktykach w naszych rozgrywkach bilardowych. W końcu, przypadkiem, doszliśmy do miejsca skąd startowało się do podejścia pod ścianę, którą patentowali Jacek i Jurek. Ten odcinek podejścia zaczynał się trawersem na kawałku jakiejś poręczówki, później kawałek gzymsu, przejście po chaszczach kosodrzewiny, znów gzymsik – tym razem po trawce i na koniec krótkie podejście raibungiem. Pierwszy poszedł Ninia, komunikując, że sprawdzi co tam jest dalej i wróci, żeby mi opowiedzieć. Nie do końca go zrozumiałem i poszedłem zaraz za nim – bardzo ostrożnie, ale pokonałem całość bez specjalnego, wydawało mi się, uszczerbku na psychice. Doszliśmy do miejsca, gdzie spotkaliśmy się z chłopakami i komentarzami, pod moim adresem, że niby nie spodziewali się mojego bezproblemowego przejścia wyżej opisanego fragmentu podejścia. Nie przejąłem się zbytnio, ale mile połechtało mnie uznaniem ze strony kolegów. Powrót – również bez specjalnych przeżyć, następnie rozbijanie biwaku (czyt.: rozłożenie płachty na kijkach nad termarestami i śpiworami), kolacja (czyt.: kawa, batony, Jasiek, pomidor, ostre papryczki, itp.). W nocy nie było spodziewanego przymrozku. Było za to pięknie rozgwieżdżone niebo i świt z czerwono wstającym słońcem nad przykrytymi mgłą dolinami. Dzień zapowiadał się wspaniale. Przyjęto omawiane wieczorem wytyczne dotyczące realizacji naszej produkcji filmowej – Ninia na ich drodze nad pierwszym okapem z jedną kamerą oraz ja z drugą, podwieszony w jakimś bliżej mi nie znanym miejscu ściany przez Jurka. Ninia poszedł wcześniej, żeby wgiełgać się na swoje stanowisko po zostawionej dzień wcześniej przez zespół szturmowy linie a Jacek, Jurek i ja nieco później. Podchodzimy pod poręczówkę, którą dzień wcześniej dosyć swobodnie sobie przeszedłem „solo” i widzę, że Jacek wpina się do niej lonżą. Oglądam całość i wygląda to tak, że im dalej tym jest mniej przyjemnie – poręczówka na wysokość kilku/kilkunastu metrów nad szarymi głazami a przejście wiszącymi ogrodami kosówki i końcówka dojścia jest już na wysokości metrów kilkudziesięciu. Biorąc pod uwagę wszystko - a zapewniam, że wszystko wziąłem pod uwagę – całość jest chujowa. Postanawiam nie kozaczyć i wpiąć się w poręczówkę, żeby chociaż początek przejścia był mniej stresujący. Trzeba iść, Jurek czeka po przejściu poręczówki. Wchodzę trochę za wysoko i stoję niepewnie w miejscu, gdzie trochę daleko do wpięcia a łatwiejsze miejsce to taki gzymsik ponad metr niżej, do którego nie mogę się dostać. Z pewnym wysiłkiem i trochę nerwowo udaje mi się wpiąć w poręczówkę i ześlizgnąć na poniższy gzymsik. Przechodzę, przepinam się i stoję obok Jurka. Idzie dalej a ja zanim – bardzo ostrożnie, bardzo... Dojście po półeczce (są dobre chwyty) do odcinka kosówki i wbijam się w chaszcze, łapiąc kurczowo kolejne gałęzie. Wyobraźnia, kurwa, pracuje jak oszalała – to na co dzień wcześniej prawie nie zwracałem uwagi urasta nagle do apokaliptycznych wręcz wizji własnej śmierci na skałach kilkadziesiąt metrów niżej. Widzę siebie z boku jak przedzieram się przez zielsko, wisząc na gałęziach nad przepaścią. Wyobraźnia dopisuje sobie to czego nie widzę a całe ciało, współpracując z nią, napina się maksymalnie z każdym wykonanym ruchem. Dochodzę do końca ogrodu. Przechodzę ostrożnie po trawce, naiwnie myśląc, że już po sprawie i ląduję w podchwycie stojąc niepewnie na kładącym się gzymsie, porośniętym wydeptaną trawą. Mam wrażenie, że nogi zaczynają uciekać i wyobraźnia, znów atakując bezpardonowo psychikę, podsuwa obrazy na których widzę siebie przelatującego przez krawędź okapu w dół. W prawo pochyła płytka z jakimiś stopniami (raibung), ale bez chwytów – skok, że tak to ujmę, odpada. Cofnąć się nie ma jak. Nogi nie chcą stać na tej parszywej trawce i wiem, że długo tak nie wytrzymam (wyobraźnia, jako bonusik, podrzuca opcję telegrafu – bankowo śmiertelnego tym razem). W momencie, kiedy już się urodziłem (pierwsze ujęcia przelatującego przed oczami życia) widzę kilka metrów dalej Jurka. „Pomóż Jurek, kurwa” – chyba coś takiego szepczę/mówię/krzyczę (?). On podchodzi kawałek i mówi, że w prawo, trochę wyżej jest większa i bardziej płaska półeczka, niż ta, na której stoję. Ruchem rozpaczy wrzucam tam nogę, trochę na niej przysiadam. Żyję - jednak. Kawałek podejścia raibungiem i mogę się już swobodnie roztrząść. Opcja podwieszania mnie gdzieś na jakimś utkanym stanowisku upada. Pierwszy powód, to stan emocjonalny zdjęciowca. Jurek przed momentem uratował mi życie, ale jakoś nie za bardzo chciałem spędzić kilka godzin wisząc na skleconym przez niego stanie: jego i moje wyobrażenie o bezpiecznym stanowisku różnią się zapewne o kilka do kilkunastu kości i friendów. Drugim powodem był brak widoczności z planowanego stanu niektórych odcinków drogi, którą miałem kręcić. Następnych kilka godzin spędzam przyklejony do szutrowiska, kręcąc i robiąc zdjęcia zespołowi szturmowemu. Jak to wyglądało będzie można zobaczyć na filmie. Mam nadzieję, że taka będzie główna korzyść z mojej obecności na Jastrzębiej Turni. Ninia zrobił swoje, zjechał i dotarł do mnie. Omówiliśmy kilka opcji naszego powrotu. Był pomysł zmontowania stanu, był też pomysł związania się liną, który odrzucamy, jako podwojenie problemu (w razie co miałbym, kurwa, jeszcze przez krótką chwilę Ninię na sumieniu). Wracamy, jak przyszliśmy. Stres, wcale nie mniejszy niż po drodze w jedną stronę, prowadzi do nielogicznego wysiłku i koncentracji przy każdym ruch. Nie wiem, czy w okolicy bardziej było słychać wrzaski Jacka z drogi, czy też moje dyszenie. W wielu miejscach Ninia spokojnie omawia kolejne, stawiane bardzo starannie kroki i na koniec jestem bezpiecznie w bezpiecznym miejscu – mocno spragniony. Przepakowanie i schodzimy do schroniska. Fragmenty „po łańcuchach” w żaden sposób nie budzą najmniejszego niepokoju – są łatwe, jest się czego trzymać i można się trzymać dowolnie mocno. Dochodzimy do schroniska. Ninia jest kilka minut wcześniej, zamawia piwo, pijemy, lekkie rozmycie krajobrazu, wsiadamy na rowery i jedziemy w dół. W sumie rowery się przydały, choć początek zjazdu, troszkę po pijaku, wymagał sporej koncentracji i nie zawsze wszystko wychodziło. Czekamy na parkingu na nasz zespół szturmowy. Droga zrobiona. Zrzuciłem dwa kilogramy (tak mniej więcej). Nie wiem czy kiedyś wybiorę się w podobne miejsce w podobny stylu. W poniedziałek na ścianie młodzieżowcy pytają mnie jak było: - czy się przełamałem, - czy zaliczyłem jakiś lot. Nie podejmuję rozmowy, natomiast przypomina mi się, że ostatniej nocy, w domu, tak około drugiej zerwałem się całkowicie przytomny – ze snu pamiętam tylko moment w którym przelatuję przez krawędź okapu pod wiszącymi ogrodami kosodrzewiny. Chyba lot zaliczyłem, chociaż co do przełamania mam wątpliwości. |



